Trusia-Liguria i Lago Maggiore

Wpisy

  • niedziela, 09 września 2012
    • Dzień ostatni, czyli krótki wypad nad Lago di Mergozzo

      Ostatniego dnia wyrwaliśmy się z P. we dwójkę na krótką randkę nad Lago di Mergozzo. Od naszego kempingu zaledwie parę kilometrów, jakieś 10 minut jazdy samochodem nad małe romantyczne jeziorko, otoczone górami i lasem. Nad jeziorkiem jedno "większe" miasteczko, Mergozzo. Pospacerowaliśmy po wąskich uliczkach, wypiliśmy espresso w kawiarence nad jeziorem, podziwiając brawurowe skoki miejscowych (chyba, choć może nie tylko) dzieciaków z wysokiego brzegu do wody. Cisza, pustawo (bo to wciąż połowa czerwca), od jeziora lekki wiaterek. Szkoda wyjeżdżać...

      I tym sposobem jeszcze przed końcem kalendarzowego lata udało mi się zrelacjonować tegoroczny pobyt we Włoszech. Żegnaj piękna Italio- wrócimy pewnie zimą na narty- bo przecież rok bez wizyty na Półwyspie Apenińskim się nie liczy ;-) A latem... Latem 2013 może wybierzemy się w inne rejony Europy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2012 18:54
    • Nie tylko zwiedzanie

      Żeby nie narazić się (znowu ;-)) na zarzuty, że męczymy Dziecko zwiedzaniem nie dając jej czasu na zabawę i odpoczynek zdjęć kilka z kempingu udowodniających, że były też inne rozrywki. A przy okazji reklama mała (zupełnie bezinteresowna niestety;-)) miejsca, gdzie mieszkaliśmy nad Lago Maggiore.
      Kemping Isolino, duży, wygodny, wymarzony dla rodziców z dziećmi. Tak wygląda z daleka:

      Położony tuż nad jeziorem, pełen zieleni, z własną plażą (woda w jeziorze czyściutka, w czerwcu jednak najcieplejsza jeszcze nie była) i wspaniałym kompleksem basenów:

      Dla uciechy najmłodszych jest także kompleks wodnych zjeżdżalni. A i rodzice, pod pretekstem opieki nad latoroślą, mogą sobie pozjeżdżać i popiszczeć z uciechy:)

      Z poziomu basenu podziwiać można takie oto widoki:

      Jak już wieczorem baseny zostaną zamknięte, można poszaleć na zjeżdżalniach na placu zabaw:

      Jest też bardziej tradycyjny plac zabaw, z drewnianymi drabinkami, huśtawkami, piaskiem, bujakami na sprężynach (zdjęć brak).
      A jak się dziecko zrobi głodne po wodnych i ziemnych szaleństwach i zapragnie dowozu glukozy, to zawsze można się posilić wielką porcją lodów (sprzedające je osoby nie mogły zrozumieć, że proszę o jak najmniejszą "gałkę", a chcę zapłacić normalnie).

      Na powyższym obrazku wynegocjowana JEDNA, MNIEJSZA od standardowo nakładanej, gałka.

      Co jeszcze z kempingowych udogodnień- nieźle zaopatrzony sklep ze świeżym pieczywem, animacje dla dzieci, zajęcia fitness, spinning co rano, dostęp (płatny) do internetu, bardzo porządne łazienki, także specjalne dla maluchów, z mniejszymi kibelkami, prysznicami i wanienkami do kąpieli niemowlaków. Kląskające ptaszki od wczesnego rana, ćwierkanie świerszczy jako wieczorna kołysanka, wspaniałe góry, które podziwiać można siedząc sobie pod namiotem popijając poranna kawę:

      Pasące się między namiotami miniaturowe króliczki to dodatkowa atrakcja dla dzieciaków:

      Tym razem mieszkaliśmy w namiocie Vacansoleil, bo jak rezerwowaliśmy miejsce na kempingu wolnych domków/mobile home'ów juz nie było. Ale nie narzekam na namiot- co prawda, jak to namiot, nie ma klimatyzacji, ale jest całkiem wygodny, z kuchnią, dwiema sypialniami wyposażonymi w łóżka z materacami, kuchnią z lodówką, niezbędnymi kuchennymi akcesoriami itp.
      Zdjęcie z namiotu tylko jedno- Truśka po pierwszej ką;pieli w basenie zjada drugie śniadanie:

      A przy okazji układa sobie słowa z dołączonych do jogurtu M&Msów:

      Isolino ma jeszcze jedną zaletę- jest stosunkowo blisko- przynajmniej z naszej części Polski;-)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2012 18:27
  • czwartek, 02 sierpnia 2012
    • Santa Caterina del Sasso

      To już jedna z naszych ostatnich wycieczek w czasie pobutu nad Lago Maggiore. Prawie dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie mieszkaliśmy, na przeciwległym brzegu jeziora, "przylepiony" do skalistego stoku Sasso, znajduje się klasztor Karmelitów Santa Caterina del Sasso. Najkrócej było dla nas dopłynąc do niego promem kursującym co kilkanaście minut z Verbanii do Laveno.

      Podróż trwała może z pół godziny, po drodze mogliśmy sobie podziwiać widoki na góry otaczające Lago Maggiore i położone nad wodą i na stokach miasteczka.

      Powoli zbliżaliśmy się do Laveno, w którym znajduje się między innymi kolejka linowa na Sasso di Ferro.

       

      Z Laveno trzeba było jeszcze przejechać kilka kilometrów, kierując się instynktem i małymi brązowymi znaczkami (GPS na hasło Santa Caterina del Sasso nie reagował). Wreszcie dotarliśmy na parking i kamiennymi schodkami (można też nowoczesną windą, zbudowana niedawno we wnętrzu góry) zeszliśmy do przycupniętego tuż nad wodą klasztoru.

      Tak to wygląda z przeciwleglego brzegu.

      Z góry klasztoru nie widać.

      Santa Caterina del Sasso zbudował, według legendy, bogaty lichwiarz Alberto Besozzi, który w ten sposób chciał podziękować świętej Katarzynie Aleksandryjskiej za uratowanie go, gdy łódź, którą płynął przewróciła się, a on sam zaczął tonąć. Po cudownym ocaleniu Alberto zerwał z lichwą i zamieszkał jako pierwszy mnich-pustelnik na zboczu góry. Z czasem zbudowano tu kościół i niewielki klasztor. Na początku XX wieku gdy na kościół runął ogromny głaz, klasztor zamknięto w obawie przed lawinami i otwarto ponownie dopiero w 1986r. Niestey, obecnie mnisi już w nim nie mieszkają.

       

      Co jak co, ale w każdym porządnym klasztorze prasa do wyciskania oliwy (i soku z winogron) być musi;-)

       

      Ładnie tu- aż chce się chwilkę posiedzieć i pokontemplować stare mury, powypatrywać jaszczurek i posłuchać jak fale uderzają o skały.

      Niestety, trzeba było wrócić do cywilizacji ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 sierpnia 2012 17:49
  • wtorek, 24 lipca 2012
    • Miejsce, w którym się zakochałam

      Trochę się już tych "zakochanych" miejsc w mojej historii uzbierało, teraz przybyło nowe. Ciekawa jestem, czy tak samo by mnie zauroczyło, gdybyśmy przyjechali tu w lipcu. W połowie czerwca nad Lago d"Orta ludzi było niewielu, a jezioro okazało się, cytując słowa Balzaka, "skrojone na wymiar człowieka"- konkretnie mój wymiar bardzo się w to miejsce wpasował. Nad jeziorem odwiedziliśmy właściwie jedną tylko miejscowość, Orta San Giulio i stąd popłynęliśmy na wyspę San Giulio.

      
      Na początku było Sacro Monte di San Giulio- wzgórze wznoszące się nad miasteczkiem- zbudowane w XVIw. dróżki poświęcone są świętemu Franciszkowi (a do Franciszka,jeśli ktoś uważnie śledzi nasze opowieści, mamy szczególną sympatię).W  21 kapliczkach naturalnej wielkości figury z terakoty przedstawiają  sceny z życia świętego. Nam się niechcący zaczęło od końca, zatem trochę tak jak w filmie o Benjaminie Buttonie, podążaliśmy w odwrotnym kierunku, od śmierci Franciszka aż do jego narodzin. Oczywiście natrafiliśmy tez na ruchomą szopkę- nie mogło jej zabraknąć w tym franciszkańskim miejscu. A co oprócz historii życia świętego? Cisza, śpiewające ptaszki, cień drzew (w tym czasie zmagaliśmy się już z temperaturami powyżej 30 stopni), wiaterek i widok na wyspę, która skradła moje serce.
      Sacro Monte di San Giulio wpisane jest na listę UNESCO.

      Zanim jednak popłynęliśmy na Wyspę pospacerowaliśmy wąskimi uliczkami Orta San Giulio. I tu pewnie nie byłoby tej magii, gdybyśmy zamiast czerwca mieli lipiec lub sierpień. Ale szczęśliwie było to czerwiec, mój ulubiony wakacyjny miesiąc, nie musieliśmy się więc przeciskać w tłumie turystów, mieliśmy czas i wystarczającą ilość przestrzeni dookoła siebie, że w spokoju pogapić się na domy, zjeść przepyszne lody, a nawet, już w drodze powrotnej na parking, usiąść w małej kawiarence, napić się przepysznego espresso i spałaszować tiramisu (Tiramisu muszę niestety skrytykować- może nie było ono niedobre, ale jadałam już zdecydowanie lepsze- temu z Noli nie dorastało do pięt. Ale nie smak tiramisu był najważniejszy tylko ten wolno płynący czas, cudowny język włoski dookoła i to, że można było po prostu w takiej rzeczywistości się znaleźć, posiedzieć, ponicnierobić).
      Załapałam się nawet na degustację octu balsamicznego, gdy kontemplowałam wystawę z delikatesami kuchni włoskiej i zdumiewałam się nad stuletnim octem (mała buteleczka 300 euro!- no ale za wiek trzeba płacić). Sprzedawca zaproponował mi spróbowanie octu zaledwie 30 letniego- był gęsty i naprawdę pyszny.
      Orta San Giulio ma jeszcze i tą zaletę, że na jej wąskich uliczkach nie mieszczą się samochody, zatem nie trzeba się od czasu o czasu rozpłaszczać na ścianie domu, żeby przepuścić auto jakiegoś tubylca.

       

      I w końcu poznałam moją nową miłość. Już patrząc na nią z wysokości Sacro Monte czułam, że między nami zaiskrzyło, że nie ma bata, muszę tam popłynąć. Stojąc nad brzegiem jeziora na Piazza Motta już się zakochiwałam w tym malutkim skrawku lądu z górującym nad domkami klasztorem (chyba benedyktynów), wieżą bazyliki San Giulio wzniesionej na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia i przydomowymi "parkingami/garażami" dla łódek.

      Legenda głosi, że dawno temu wyspę zamieszkiwały smoki i węże.

      Pewien młody ksiądz o imieniu Giulio postanowił w tym niebezpiecznym miejscu zbudować kościół. Rybacy w obawie przed potworami z wyspy nie chcieli go tam przewieźć. Rozłożył zatem na wodzie swój płaszcz i wiosłując laską dotarł na miejsce. Rozprawił się sze smokami i zbudował świątynię.
      Obecna bazylika powstała na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia, wieża pochodzi z XII wieku. W środku odnaleźliśmy fresk przedstawiający moją imienniczkę.

      Po wyjściu z kościoła przespacerowaliśmy się Drogą Ciszy. Biegnie ona wokół wyspy, co parę kroków na murze umieszczono tabliczki z sentencjami nawiązującymi do ciszy właśnie. A że, powtórzę się znowu, mieliśmy niebywałe szczęście, było czerwcowe popołudnie, czas przed szczytem sezonu, drogą ciszy podążaliśmy sami. Było cicho, magicznie- przepięknie. No i wtedy wpadłam już na dobre, zakochałam się po uszy. Wyspa San Giulio zamieszkała już  na zawsze w moim sercu.

      Piękne są te sentencje. A w ciszy Wyspy San Giulio rzeczywiście można odetchnąć Bogiem.

      Ja to bym chętnie posiedziała tam jeszcze trochę, posłuchała tej ciszy, którą na co dzień tak trudno mi spotkać, pomyślała o sprawach i rzeczach naprawdę ważnych. Niestety, trzeba było wsiąść do ostatniej już w tym dniu łódeczki i wrócić na stały ląd.

      Ale i domki Orta San Giulio z jeziora prezentują się pięknie.

      I to tyle z odwiedzin nad Lago d'Orta. Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę i wtedy odwiedzę to miejsce:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lipca 2012 22:59
  • wtorek, 17 lipca 2012
    • Lago Maggiore- Isole Borromee

      Pierwsza nasza wycieczka, gdy już się zadomowiliśmy nad Lago Maggiore miała być krótka, tylko do pobliskiej Stresy. Niewielka Stresa to popularny kurort, z pięknymi (i na pierwszy rzut oka drogimi) hotelami i willami wśród kwiatów i zieleni. Od strony lądu wznosi się Monte Mottarone, na której szczyt można wjechać z nadbrzeża kolejką linową. Można też wybrać się stateczkiem lub rodzajem wodnego tramwaju na Wyspy Boromeuszy. Wyspy te od kilkuset lat są wlasnością rodziny Boromeuszy. Najbliżej lądu leży Isola Bella (Piękna), na której hrabia Carlo III kazał w XVIw. zbudować wspaniałe ogrody dla swojej żony Izabelli. Tarasowe ogrody mają kształt łodzi, są w nich liczne rzeźby, fontanny, po alejkach spacerują białe pawie. Na drugim końcu wyspy wznosi się willa (hmm, określenie tego wielkiego budynku willą jest pewnym uproszczeniem, rozmiar ma bowiem godny co najmniej pałacu), w niej można podziwiać kolekcję obrazów włoskich malarzy (nie byliśmy, galerie staramy się omijać, żeby nie zanudzić Najmłodszej).

      Na drugiej z wysp, Isola Madre, znajduje się ogród botaniczny- na tej wyspie nie byliśmy.

      Pospacerowaliśmy za to wąskimi uliczkami trzeciej wysepki, Isola Pescatori, pełnej knajpek serwujących przede wszystkim ryby z Lago Maggiore.

      Jest też Isola San Giovanni, ale ona nie jest dostępna dla zwiedzających.

      Na początek- Stresa:

      Isola Bella:

      Płyniemy na Wyspę Rybaków:

       

      Za tą furtką stał sobie dom wyraźnie opuszczony. Może czekał na nas? Niestety, historie, że ktoś kupuje sobie zrujnowaną willę w Toskanii, albo dom na Isola Pescatori zdarzyć się moga tylko w bajkach lub filmach. Szkoda :-(

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 lipca 2012 22:48
  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Klasztor Kartuzów w Certosa di Pavia

      Mieliśmy do niego aż dwa podejścia. Pierwsze się nie udało, bo był to poniedziałek, a w poniedziałki Kratuzi nie otwierają bramy dla turystów. (Niestety nasz zawodny przewodnik Pascala nie wspomniał o tym, jakże jednak istotnym, fakcie.) Za pierwszym razem zatem obeszliśmy się smakiem, podziwnąwszy jedynie wieżyczki wystające ponad wysokim murem. Zjedliśmy za to niezły obiad w knajpce tuż obok i przekonaliśmy się, że we Włoszech faktycznie uprawia się ryż- nasza Wróżka-GPS poprowadziła nas bowiem na manowce (widać taka droga wydała jej się najodpowiedniejsza i najkrótsza- niezbadane sa meandry myslenia GPS-a) i w pewnym momencie wylądowaliśmy na wąskiej jednosamochodowej drodze-grobli pomiędzy ryżowymi polami. Podróże kształcą- dzięki koncepcji trasy naszej Wróżki Trusia wie, jak rośnie ryż.

      Do Certosy wróciliśmy za kilka dni, wczasując już na Lago Maggiore. Mieliśmy wielkie szczęście, do klasztoru dotarliśmy tuż po zakończeniu sjesty i za bramę weszliśmy jako pierwsi turyści. Jakie plusy takiego stanu rzeczy? Cisza, dzwoniąca w uszach. Taka, że aż zmuszała do szeptu, ostroznego stawiania kroków. Taka, że odgłos zwalnianej migawki aparatu słychać było na drugim końcu dziedzińca (i niestety także we wnętrzu kościoła i na wewnętrznych dziedzińcach- a tam nawet bez lampy fotografować nie było wolno- parę "pirackich" zdjęc jednak udało się P. zrobić, zanim trzask migawki nie zaalarmował przechadzającego się w pozornej zadumie zakonnika- pozornej, bo choć sprawiał wrażenie zatopionego w modlitwie, to w rzeczywistości pilnował zakazu fotografowania, a wychodzących żegnał  sugestią o złożeniu datku na kościół i klasztor (zwiedzanie jest bezpłatne, ale z czegoś utrzymać tak wielki obiekt trzeba.)

      Certosa di Pavia, według przewodnika renesansowa perła Lombardii, a nawet największe arcydzieło architektury w Italii. Chociaż często z Pascalem nie jest nam "po drodze", to tym razem muszę się z nim zgodzić- jest tu pięknie. Budowę zaczęto w 1396r., trwała 200 lat.
      Wspaniała fasada kościoła zapiera dech. Gotyckie wnętrze, udekorowane już w stylu renesansowym, pełne jest malowideł i rzeźb. Na małyc krużgankach aż chciałoby się usiąść w cieniu i pogapić na wewnętrzny ogród. Duże krużganki otaczają duzy zielony trawnik, tu mieszczą się domki zakonników, każdy w formie małej kapliczki. Tu juz można tylko zerknąć przez bramę, za nią wstępu chroni klazura.
      Piękny jest tez plac-dziedziniec przed kościołem, a przyklasztorny sklepik pachnie ziołami- Kartuzi sprzedają tu własnej roboty nalewki i ziołowe mieszanki na rozmaite dolegliwości- w krużgankach na ścianach można sobie poczytać przepisy na owe specyfiki oraz zalecenia co do ich stosowania. Można też w gablotkach obejrzeć zielnik.

      No to zapraszam do odwiedzenia Certosy- zobaczycie, że warto.

      I jak, zachęciłam kogoś do odwiedzenia Certosy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2012 17:50
  • środa, 11 lipca 2012
    • Albenga

      Kiedyś się na nią daliśmy nabrać, a właściwie na kemping, który miał być w przyzwoitej odległości od morza. Odległość tą policzono chyba w linii prostej, do morza okazało się znacznie dalej i to tutejsze było jakies takie nienadzwyczajne. Wtedy, lata temu, jeździliśmy na plażę do Noli. W tym roku wybraliśmy Pietra Ligure, gdzie morze i plaża były całkiem przyjazne. A do Albengi pojechaliśmy w odwiedziny.

      Główny plac miasteczka Piazza San Michele, przy którym wznosi się osiem wież, między innymi katedry zbudowanej w XIw.

      Baptysterium  pochodzące z V w., zbudowane na planie dziesięcioboku

      Lwy z Piazza Leone

      Rolę przewodniczki po starówce objęła Truśka- takie właśnie miejsca wybrała na spacer:

      Tu także, podobnie jak w Genui, domów strzegą madonniny umieszczone na ich narożnikach:

      Tą właśnie rośliną Włochy pachną w czerwcu:

      W tu na pewno mieszka wróżka:

      To tyle z Albengi i z Ligurii. Planowaliśmy jeszcze wypad do Portofino (Portofino- jak pięknie to brzmi!), ale nie doszedł do skutku z powodu żoładkowej niedyspozycji P. Cóż, zostanie na raz następny.
      Kolejne wpisy będą już z innego zakątka Włoch.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      środa, 11 lipca 2012 23:09
  • niedziela, 08 lipca 2012
    • Wreszcie Cinque Terre

      Ha, "polowałam" na nie odkąd o nich usłyszałam od koleżanki. Ale jakoś się nie udawało- a to za daleko, a to inne miejsca konkurowały, a to, że miejsce niedostępne. W końcu się udało- pojechaliśmy, zobaczyliśmy, wzdychaliśmy z zachwytu. Ale tak naprawdę to zakochalam się nie w którymś z miasteczek Cinque Terre ale w Portovenere. Bo jak tu się nie zakochać w porcie poświęconym Bogini Miłości?

      Ale od początku.
      Od Pietra Ligure, gdzie mieszkaliśmy do Cinque Terre jest ok. 160 km. Na szczęście większą część drogi jedzie się autostradą, zatem stosunkowo szybko. Dopiero ostatni kawałek zaczyna być karkołomny, wąska droga wije się niemiłosiernie, z jednej strony wypaść, z drugiej stromy stok, w niektórych miejscach człowiek modli się, żeby nic nie nadjeżdżało z przeciwnej strony. Za to widoki rekompensują stres drogowy.
      Cinque Terre to pięć malutkich miasteczek przycupniętych u podnóża stromych skał, spadających wprost do morza.  Ze względu na unikalny charaker tej okolicy utworzono tu park narodowy, cały rejon został też wpisany na listę UNESCO.
      Najłatwiej dotrzeć do dwóch skrajnych miast-Monterosso od zachodu lub Riomaggiore od wschodu. Nie wiem, czy w ogóle da się dojechać samochodem do Vernazzy czy Manaroli, Corniglia nie ma nawet większej przystani. Ale jest i niespodzianka- wszystkie miasteczka połączone są koleją, która biegnie sobie gdzieś tunelami i od czasu do czasu wychyna na powierzchnię. Pomiędzy miastami jest też specjalny szlak, zwany Via del Amore- Pascal twierdzi, że przejście zajmuje 5 godzin, ja tam mam wątpliwości, no ale ja patrzę trochę z perspektywy matki dziecka o jeszcze krótkich (choć już nieprzyzwoicie wydłużajcych się) nóżkach ;-)

      Przy bramie prowadzącej do Monterosso powstał ostatnio piętrowy parking, zupełnie pusty w pierwszej połowie czewrca. Gorzej jest na pewno w lipcu i sierpniu. My z niego skorzystać nie mogliśmy, bo Galaxy z bagażnikiem dachowym się nie mieścił. Zostawiliśmy zatem auto jakieś dwa kilometry wcześniej (za to za darmo) i "na gapę" przeszliśmy do miasteczka fragmentem Via del Amore (taka atrakcja musi być przecież płatna, zdaje się, że kosztuje 10 eurosków od łeba, można też kupić łączony bilet  kolejowym, w jedną stronę przejść szlakiem i wrócić pociągiem do samochodu).

      Tak to wyglądało, gdy człapaliśmy Via del Amore, wąziutką, chwilami jednoosobową wręcz ścieżką (nie wyobrażam sobie, jak da się tędy iść w pełni sezonu, chyba muszę się tworzyć okropne korki):

      Monterosso to największe z miasteczek Cinque Terre, podzielone jest na dwie części- zachodnią nowszą Feginę, gdzie znajduje się m.on. stacja kolejowa i Starówkę. Obie łączy tunel lub dość wąska dróżka z widokiem na morze. Pomiędzy nimi na wzgórzu stoi XVII-wieczny Klasztor Kapucynów. W starej części miasta stoi sobie pasiasty kościółek San Giovanni z XII w., obok niego Oratorio, w wąskich uliczkach zaś zatrzęsienie knajpek i sklepików z pamiątkami.

      Trochę się tu powłóczyliśmy, podeliberowaliśmy nad róznymi opcjami dalszego zwiedzania (pociąg? na piechotę do Vernazzy? stateczek?), w końcu wybraliśmy wersję light i zaokrętowaliśmy się na stateczek. Niestety, nie zatrzymywał się on po drodze w żadnym z pozostałych miast Cinque Terre, za to płynął aż do Portovenere (z rozkładu "jazdy" wynikało, że są też opcje z dobijaniem do kolejnych, za wyjątkiem Corniglii, miasteczek, bilet jest wtedy całodzienny i można sobie wysiadać i potem wsiadać do kolejnego statku). Zgodziliśmy się tym razem z przewodnikiem, że Cinque Terre najlepiej prezentują się od strony morza, zaś uliczki i kościółki w każdym sa raczej podobne. Zaokrętowaliśmy się i zaczęliśmy chłonąć widoki:

      Pierwsza za Monterosso jest Vernazza, z której pochodzi białe wino Vernaccio, produkowane już w średniowieczu. Wejścia do malutkiego portu strzegą dwie saraceńskie wieże:

      Kolejne miasteczko to Corniglia, najmniejsza i najbardziej niedostępna, zbudowana na urwisku, opadającym do morza 90-metrową skalną ścianą.

       

      Kolejna to Manarola:

      I ostatnie Riomaggiore, z którego widać biegnąca na wielkich słupach autostradę:

      Potem były już tylko małe osady i pojedyczne domeczki, dosłownie przyklejone do skały- nie mam pojęcia, jak i dlaczego ludzie w nich zyją. Nie uwierzę, że tylko dla pięknych widoków.

       

      Aż wreszcie pokazało się Portovenere. Pascal pisze poetycko, iż "Portovenere, podobnie jak niebo, nie jest łatwe do osiągnięcia". Leży na końcu półwyspu, chronione przez trzy wysepki i fortyfikacje zbudowane w średniowieczu przez Genueńczyków do obrony przezd wrogą Pizą (bo stąd do Toskanii juz tylko rzut beretem). Dojazd samochodem jest podobno możliwy, chociaż podobno dostarcza mocny ch wrażej. Podobno- my tu przypłynęliśmy, zatem nie mamy w tym względzie osobistych doświadczeń.

      Wysokie budynki miasteczka, wzniesione jeden koło drugiego, tworzą swoisty mur obronny. Otaczają one kawałek wybrzeża zwany Palazzata.

      Na napawanie się urokiem tego miejsca mieliśmy zaledwie godzinę, gdyż po tym czasie odpływał ostatni stateczek do Monterosso i absolutnie nie mogliśmy się na niego spóźnić. Mało, ja chętnie spędziłabym tu cały dzień- chrupiąc pyszną bruschettę w nadbrzeżnej knajpce, podpijając Ciechowi mrożoną kawę, sacząc mocne espresso czy włócząc się po wąksich uliczkach, degustując świeże pesto- najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam, wąchając malutkie "plantacje" bazylii. Cudnie tu, uwierzcie (zdaję sobie sprawę, że w szczycie sezonu jest mniej cudnie, bo zapewne ciasno, ale w pierwszej połowie czerwca po południu było cichu i niezbyt ludnie).

      Na samym skraju przylądka stoi kościół San Pietro, zbudowany w 1277r, na ruinach rzymskiej świątyni Wenus.

      Główna brama miejska z XII w.:

      I trzeba było juz wracać na statek :-(
      Może jeszcze kiedyś uda mi się przyjechać do Portu Wenus?

      W odwrotnej kolejności podziwialiśmy kolorowe miatseczka. Trochę przypominało mi to naszą wyprawę lata temu na Swiętą Górę Atos- nawet zaczęłam wypatrywać delfinów.

      Zatem raz jeszcze- Portovenere:

      Riomaggiore:

      Manarola:

      Corniglia:

      Vernazza:

      I wreszcie Monterosso:

      A to już widok ostatni z drogi do samochodu:

      To na tych pewnie pólkach uprawiane są winogrona, z których nie tylko Vernaccio się robi, ale też Sciacherta- słodkie wino z winogron suszonych aż do jesieni na stojakach. Niestety nie spróbowaliśmy- oba kosztowały prawie 30 eurosków za butelkę :-(

      Może następnym razem...

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie Cinque Terre”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 lipca 2012 23:28
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Genua c.d.

      Dalszy ciąg Genui nastąpił dopiero za kilka dni, w międzyczasie były Cinque Terre, o których we wpisie następnym, pobliska Albenga, przymusowy odpoczynek związany z niedyspozycją Głowy Rodziny.

      W każdym razie, mimo średniego pierwszego wrażenia, do Genui powróciliśmy. W ciągu kilku dni pogoda z przyjemnej zmieniła się na mniej sympatyczną, temperatury wzrosły o dobre kilka stopni i upał zaczął doskwierać, zwłaszcza w dużym mieście. Obiecaliśmy jednak Trusi Aquarium, zatem nie wypadało się wycofać. Po wizycie w barcelońskim w genueńskim spodziewaliśmy się co najmniej tego samego, o ile nie więcej. Trochę się jednak rozczarowaliśmy. Pascal zachwalał, że Aquario di Genova jest największe w Europie (ale zdaje się, że to samo pisał o Akwarium w Barcelonie), że delfiny, rekiny, foki, pingwiny itp.

      Na wstępie pojawiły się kłopoty z parkowaniem- auto z bagażnikiem dachowym nie mieści się na parkingach podziemnych, na naziemnym miejsca brakowało. W końcu znaleźliśmy miejsce "na styk" w jakiejś obskuraśnej okolicy, a P. wykazał się prawdziwym kunsztem wpasowując w nie naszego Galaxy. Poczłapaliśmy w skwarze do Porto Antico, gdzie mieści się Aquarium, podziwiając po drodze ogromne jak wieżowce promy i całkiem ładny budynek kapitanatu.
      Potem pomyliliśmy kolejki- okazało się, że kasy są tuż przy wyjściu z naziemnego parkingu (na którym nie staliśmy, zatem przyszliśmy z innej strony i kas nie zauważyliśmy), a kolejka, w której się grzecznie ustawiliśmy i już swoje odstaliśmy jest kolejką wejściową. Potem pojawił się dylemat biletowy- którą wersję wybrać, samo akwarium, czy może łączony (opcji było kilka, a bilety nietanie, Trusia załapywała się na zniżkę, bynajmniej jednak nie na 50%, chłopaki już płaciły 100%). W końcu zostaliśmy przy opcji podstawowej i dobrze- po wyjściu byliśmy już tak znużeni, że chyba by się nam nie chciało jeszcze zwiedzać Galata Museo del Mare, a dopłacanie kilku euro za wejście do Biosfery, w której temperatura pewnie wynosiła z 50 stopniu było zupełnie bez sensu.

      Akwarium mieści się w budynku przypominającym kontenerowiec, zaprojektowanym przez Renzo Piano, autora także innych budowli w Porto Antico. Rzeczywiście w wielkich zbiornikach pływają foki, manaty, pingwiny, różne gatunki rekinów, a także mniejsze morskie stworzenia. Jest rafa koralowa, basen z płaszczkami, które można głaskać (ja szanuję jednak prawo do osobistej nietykalności innych stworzeń i skoro one same się do mnie nie "łaszą", to nie staram się za wszelką cenę ich dotknąć). Widzieliśmy jaja rekinka kociego, w których widać było poruszające się maluchy. Byliśmy świadkami, jak opiekunka karmiła sałatą manaty i jak te wielkie stworzenia przypływały, żeby je pogłaskała. Zachwyciły mnie meduzy- piękne są, zwłaszcza jak nie muszę się z nimi bliżej zapoznawać sama będąc w wodzie ;-)
      Rozczarowały kompletnie motyle i kolibry- jest taka opcja, za niewielką dopłatą można wejść do pomieszczenia, w którym swobodnie fruwają. Kolibry były dwa, przynajmniej tyle tylko udało nam się wypatrzyć, a motyli tez niezbyt wiele, głównie białe i bure. W porównaniu z motylarnią w zoo na Bronksie kompletna lipa!

      Parę fotek z Akwarium- zrobionych oczywiście bez lampy, żeby nie straszyć jego mieszkańców:

      Jeden z dwóch kolibrów (drugi był identyczny).

      Co poza Akwarium zobaczyć można w Porto Antico?
      Sztandarową budowlą jest podobno Bigo, także autorstwa Renzo Piano (projektował ponoć także centrum Pompidou w Paryżu). Bigo to dziwaczna konstrukcja z ośmioma stalowymi ramionami odchodzącymi koncentrycznie z jednego punktu. Na jednym z ramion działa widokowa winda (naturalnie płatna).

      Nieopodal stoi kolejny projekt Piano- Bolla, czyli bańka, w której posadzono tropikalne rosliny (wstęp płatny of course;-))

      Trusi najbardziej podobał się Galeone Neptune- statek, który "występował" w Piratach Polańskiego.

      Poza tym jest jeszcze Muzeum Morskie, Muzeum Antarktydy, na Molo Vecchio ma siedzibę kolejne muzeum Museo Luzzati- nie doczytałam, co dokładnie można w nim zobaczyć, przewodnik twierdzi, że dzieciaki mogą w nim oglądać animowane filmy. Tylko co to ma wspólnego z muzeum???

      W każdym razie my przewlekliśmy się jeszcze tylko po nabrzeżu, wypiliśmy cytrynową granitę, zjedliśmy lody i poczłapaliśmy do auta.

      I to by było tyle wrażeń z Genui.

      Truśka w sukni, do której zakupu w TK-MAX-ie dosłownie mnie zmusiła tuż przed wyjazdem- nie udało mi się wybronić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 12:38
  • wtorek, 03 lipca 2012
    • Genua

      Genueę odwiedziliśmy dwa razy i potych dwukrotnych wizytach jakoś przeszła nam ochota na zwiedzanie dużych miast. Cóż, Włochy to nie Holandia, a włoskie miasta nie są przyjazne dla rodzin z małym dzieckiem. Mimo całej mojej miłości do tego kraju muszę to napisać. W wąziutkie uliczki bardzo często próbują się zmieścić ( i jakoś się mieszczą) samochody tubylców, bywa, że trudno jest natrafić na zwyczajny sklep ze zwyczjną żywnością typu woda czy soczek. Pamiętam, jak lata temu zwiedzaliśmy wyspę Murano- obeszliśmy całą, żar lał się z nieba, nasze zapasy wody się skończyły, a dookoła albo sklepy ze szkłem albo knajpy, w których, wiadomo, nawt za wodę płaci się niemało, a do tego należy jeszcze doliczyć tzw. coperto! Sklepy gdzieś muszą i tam być,w końcu tubylcy nie żywią się pamiątkami, ale ukrywają się dobrze.

      A wracając do wrażeń z Genui- nas nie zachwyciła. Może dlatego, że posłuchaliśmy jednej z rad "Pascala" i zaczęliśmy od błąkania się po zaułkach Starego Miasta, usiłując w nich odnaleźć zabytki, które warto zobaczyć, głównie miały to być kościoły. Nawet wtedy, gdy udało nam się wytopić kolejny punkt opisany w przewodniku, to był ona zamknięty na głucho, a w drzwiach nie było nawet klamki, że nie wspomnę o ew. godzinach otwarcia. Jak nawet katedra okazała się zakluczona (choć Pascal twierdził, że zwiedzać ją można cały dzień), to obraziliśmy się na Genuę na dobre. Miałam nadzieję, że może chociaż na zdjęciach odnajdę w niej jakieś zalety, ale okazała się niezbyt fotogeniczna.

      Zatem utwierdziliśmy się w niechęci do odwiedzania metropolii i postanowiliśmy nadal wpadać raczej do miasteczek niewielkich, za to z klimatem.
      Ale nie zniechęcajcie się, może wam na naszych zdjęciach Genua się spodoba...

      Nasza samochodowa "Wróżka", czyli GPS sprytnie zawiodła nas na nieduży placyk na zachód od Starówki, tuż obok parku Villeta di Negro. Na Piazza de Ferrari, skąd rozpoczynało się większość tras opisanych przez Pascala było stąd niedaleko i na dodatek "z górki" ;-)  Po drodze minęliśmy pomnik Wiktora Emanuela (powyżej na zdjęciu). Uciekając przed słocem wybraliśmy spacer XIX- wiecznym pasażem handlowym Galleria Mazzini.

      I tym sposobem wylądowaliśmy przy fontannie na Piazza de Ferrari:

      A stąd powędrowaliśmy pompatyczną Via Dante w kierunku placu o tej samej nazwie. Z tego placu można zagłębić się w carrugii, wchodząc przez XII-wieczną Porta Soprana:

      Na prawo od niej przycupnął niewielki kamienny domek- Casa di Colombo.

      Z nazwy można by wywnioskować, że z owym miejscem miał coś wspólnego Krzysztof Kolumb, który rzeczywiście urodził się w Genui. Jednak jest to małe genueńskie oszustwo, domek należał do innego Kolumba o imieniu Dominico. Za domkiem znaleźliśmy jeszcze taką oto ciekawą budowlę, ale o tym, czym była, przewodnik milczy:

      Zagłębiliśmy się w wąskie i ciemne uliczki centro storico, nie zawsze piękne, niezbyt czyste i niekoniecznie pachnące, przed zwiedzaniem posilając się jeszcze "tortami"* zakupionymi w dwustuletniej hmm piekarni? Pracująca tam Polka namówiła nas na "tortę" z botwinką i twarogiem, spróbowaliśmy też z cukinią i z porami, Trusia jadła coś podobnego do racuchów. Wszystko było pyszne- są to podobno tradycyjne genueńskie przysmaki- no dobra, za "torty" Genua ma u nas plusika :-)
      * torty w niczym prawdziwego tortu nie przypominały, nie do końca też były podobne do tarty, gdyż nadzienie siedziało w środku cienkiego placka i mogło być przeróżne, w zależności od fantazji piekarza, w naszej piekarni z bardziej zaskakujących były jeszcze z ryżem i pomidorami i ryżem gotowanym na mleko

      No a teraz zapraszam na spacerek uliczkami Starego Miasta. Jedną z "rozrywek", jakiej się oddawaliśmy, było tropienie figurek Madonny (tzw. madonnetto), umieszczonych na narożnikach domów- podobno jest ich ponad 400.

      Trochę zdegustowani ciemnymi (domy są naprawdę wysokie, a uliczki wąziutkie), brudnymi i niepachnącymi uliczkami wydostaliśmy się w końcu na "światło dzienne" w pobliżu Porto Antico. Port zostawiliśmy w spokoju, odkładając go na wizytę osobną.

      Podziwnęliśmy po drodze XVI-wieczny Palazzo Imperiale i równie wiekową Loggia dei Mercanti

      i znów zagłębiliśmy się w uliczki Starego Miasta, ale tym razem trafiliśmy lepiej, było zdecydowanie czyściej i sympatyczniej. Dotarliśmy do, podobno najpiękniejszego placyku Genui, Piazza San Matteo, gdzie przysiedliśmy na chwilkę na schodach pasiastego kościoła San Matteo, spoglądając na pasujące do kościółka pasiaste pałace i usiłując dowiedzieć się czegoś ciekawego z przewodnika:

      Tam też wytropiliśmy kolejną narożną madonnettę:

      Wróciliśmy następnie do miejsca startu, czyli na Piazza de Ferrari pod Palazzo Ducale- monumentalną budowlę, w której mieszczą się sklepy, galerie, knajpki, a także dawne apartamenty dożów.

      Stąd już tylko parę kroków dzieliło nas od wspaniałej genueńskiej katedry San Lorenzo.

      Cóż, mogliśmy sobie jedynie dokładnie popodziwiać bogato zdobioną fasadę, albowiem drzwi były zamknięte i nie było żadnej informacji, w jakich godzinach wnętrze katedry jest dostępne dla turystów. Szkoda, bo podobno warto zajrzeć do środka :-(

       

      Lwy strzegące głównego wejścia były naprawdę imponujące, zdecydowanie wspanialsze niż nasze Krakowskie pod wieżą Ratuszową. Trusia aż się bała ich dosiąść.

      I jeszcze jedna madonnetta nam się trafiła (oczywiście nie pokazuję wam wszystkich znalezionych):

       Na koniec jeszcze rzut okiem na barokowy kościół Il Gesu (zgodnie z genueńską "tradycją" także zamknięty na głucho):

      i można było wracać do samochodu. Na jeden dzień wystarczy. Wrażenia z Porto Antico osobnym wpisie :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 lipca 2012 23:02